Brak komentarzy

Nowy York cz.I

Kiedyś ktoś mi powiedział, że najlepiej odpoczywa w otoczeniu przyrody. Faktycznie jest w tym jakiś spokój i oderwanie od zgiełku życia, ale ja lubię inaczej. Uwielbiam obserwować ludzi, przyglądać się im, poznawać i w ciągły zachwyt wprowadza mnie to, co człowiek był i jest w stanie zbudować. Pewnie właśnie z tego powodu, jednym z moich marzeń było zobaczyć miasto, o którym wielu śniło i w którym nie jeden spełnił swój „american dream”, choć pewnie byli i tacy, którzy bez dolara przy duszy zostali uwięzieni w stalowym uścisku miasta. Oto  właśnie jest Nowy Jork.
Najtrudniejsze w wyjeździe jest organizacja wizy. A tak naprawdę mobilizacja do złożenia dokumentów i zrobienie zdjęcia. Na to zeszło mi najwięcej czasu, wiele miesięcy, a może i lat, w każdym razie udało się, a jak ostatnio przeczytałam odmów przy wydawaniu wiz do Stanów Zjednoczonych jest mniej niż 4%, także można śmiało założyć wniosek, nie spodziewając się amerykańskiej czarnej polewki.
Gdyby nie to, że znajomi zaprosili nas do siebie, z wyjazdem zeszłoby się jeszcze długo. Dzięki Johnowi i Lindzie miałam też okazję zobaczyć coś poza Nowym Jorkiem i tocząc z Lindą wielogodzinne dysputy oraz spotykając ich przyjaciół, odrobinę poznałam amerykańską mentalność, która jest kompletnie inna od naszej. Czasem niezrozumiała, czasem zachwycająca.
Jeśli planujecie zajrzeć do NYC polecam książkę, którą przeczytałam w jeden weekend i ciągle mi towarzyszyła, czyli „Z Nowym Jorkiem na NY” Magdaleny Muszyńskiej- Chafitz. Jest to bardzo subiektywny, nieszablonowy przewodnik z tysiącem smaczków o NY, wydany w tym roku, jest więc świeży jak poranna bułeczka. W książce znalazłam też sporo informacji o aplikacjach, które ściągnęłam na telefon, aby było po prostu łatwiej, jednak najlepszą okazała się aplikacja z mapą metra ( bo metro to najlepszy i najtańszy środek transportu w NYC).
Nocowanie w na Manhattanie, jest kosmicznie drogie. Hotele, nawet te najtańsze mocno dystansują nasze portfele, dlatego airbnb, to było to gdzie szukaliśmy noclegu. Nie było łatwo, ale poszliśmy w kontrowersje czyli w Harlem. Wielu pukało się w czoło słysząc o tym pomyśle, ze względu na to, że jest to dzielnica nieokiełznana przez prawo i porządek. Pewnie 10 czy 20 lat temu, w życiu byśmy tam nie poszli, ale teraz jest tam całkiem normalnie … w dzień. O nocnym życiu na Harlemie nie napiszę Wam nic, bo nie pragnęłam go poznawać, wystarczyło mi to, że co chwilę budziły mnie jeżdżące na sygnale wozy NYPD, ale pewnie i do tego idzie się przyzwyczaić.
Harlem jest dzielnicą pełną latynosów i czarnych, a w powietrzu unosi się naprawdę intensywny i niczym nie skrywany zapach marihuany. Wielu mieszkańców zalega na skwerkach, sprawiając wrażenie ludzi, którzy nie mają wiele do stracenia. Jednak Harlem, z małym wyjątkiem czyli modlitwą Gospel i śniadaniem wielkanocnym w Red Rooster Harlem, która jest absolutnie niesamowitym lokalem, był tylko moją nowojorską sypialnią. Nie chcę aby moja wiedza o Harlemie stanowiła, jakiekolwiek źródło waszej opinii, ponieważ jest tam wiele kultowych miejsc, choć nie znalazły się one na mojej trasie.
NYC od pierwszego momentu, czyli od wyjścia z przepięknego, wielowymiarowego dworca Grand Central Terminal robi kolosalne wrażenie. Momentalnie wskakujesz na plan filmu sensacyjnego. Ruch, żółte taksówki, ocean ludzi, kolory, potężny hasła porywa jak nurt bystrej rzeki. Ten widok jest fascynujący i niezwykły, tym bardziej jeśli na co dzień mieszka się, w tak sielskim mieście jak Koszalin. Nie będę ukrywać, że ciężko było zadrzeć głowę, aby dostrzec wierzchołki tych wszystkich wieżowców. Dziesiątki tysięcy lustrzanych okien, olbrzymie witryny, dizajnerskie wystroje wystaw, gigantyczne samochody. Wielkie tracki, jakie u nas tylko na półkach kolekcjonerskich w sklepie z zabawkami. Furgonetki z popcornem w piętnastu smakach, specyficzne odgłosy jeżdżącej po mieście policji i ciepłe podmuchy z krat wentylacyjnych. Nigdzie indziej, ani w Paryżu, ani w Berlinie ani w Rzymie nie widziałam takich tłumów jak w Nowym Jorku. Nigdzie indziej nie widziałam takiej wieży Babel, plątaniny języków, kultur i to nie jako gości, a jako gospodarzy tego miasta.
Nowy Jork to miasto piechurów, robiąc plan na to co chce się zobaczyć trzeba liczyć się z tym, że pieszo pokonać trzeba będzie wiele kilometrów.  Także nawet najmodniejsze Amerykanki ( choć z modą raczej wszyscy są na bakier – i praktycznie brak ekscentryków, tak dobrze widocznych w dużych europejskich miastach) noszą na nogach wygodne, sportowe obuwie.
Ulice miasta są bardzo proste do rozszyfrowania i poruszanie się po Nowym Jorku jest naprawdę łatwe. Wystarczy powiedzieć numer ulicy, bloku, East czy West i już wiadomo gdzie jest dane miejsce. Faktycznie coś w tym jest, że im wyższa numeracja ulic, tym bardziej niebezpiecznie/dziwnie. Mieszkałam na ulicy 117, i z każdym numerem niżej miasto zmieniało się na lepsze/czystsze/zieleńsze, np. Grand Central jest na 42. ulicy i wszystko co jest poniżej nazywane jest Downtown – a Downtown jest bardziej przyjemniejsze niż Uptown.
Wieża Babel 
W Nowym Jorku jest ponoć 25 tysięcy restauracji, barów, pubów i kawiarnii. Każda chciałaby się czymś wyróżnić. To miasto, w którym bez wyjeżdżania możesz przenieść się w odległe zakamarki świata. Oczywiście najlepsza chińszczyzna nie musi być w Chinatown, a najlepsza pizza nie w Little Italy, ale są to dwie dzielnice, które warto odwiedzić, właśnie ze względu na to cudowne przeniesienie w przestrzeni. Chinatown i mnóstwo knajpek, warzywa, owoce morza sprzedawane na ulicy, chińska muzyka, zupełnie niepowtarzalny klimat, a tuż za rogiem Little Italy, która wygląda jak typowa włoska ulica we Florencji czy Rzymie. Cappucino i prosecco. Coś pięknego! Nie mogłam napatrzeć się na tych wszystkich ludzi tam, nic dziwnego, że właśnie Nowy Jork jest często cichym bohaterem filmowym i kanwą ciekawych historii. Pomimo pochmurnego nieba, które praktycznie ciągle mi towarzyszyło, koloryt ulicy, zdecydowanie potrafił ubarwić każdy dzień.
Co zobaczyć ? 
Umówmy się w Nowym Jorku , nie ma absolutnie żadnych zabytków z naszego europejskiego punktu widzenia, są za to rzeczy, których u nas nie ma, a na tamtej ziemi stanową dla nas dużą atrakcję.
Punktem obowiązkowym, jest po prostu spacer ulicami NYC. Ze wszystkich pieszych wędrówek, najbardziej podobała mi się dzielnica Greenwich Village. Ulice pełne zielonych skwerków, z mnóstwem restauracji oraz boiskami do streetballu. Najbardziej ekscentryczna dzielnica ze wszystkich, które widziałam. Bardzo klimatyczne i absolutnie różnorodne restauracje. W sercu Greenwich, kapitalny Blue Note, klub muzycznych ( jakich zresztą wiele w całym mieście), w którym codziennie odbywają się koncerty blusowo – jazzowe, czasem ponoć grywa tam sam Woody Allen. Miejsce przy barze to  koszt zaledwie 20 dolarów, miejsce przy stoliku 35 dolarów. Atrakcja i klimat obowiązkowy dla wszystkich melomanów. Ponadto dzielnica pełna kamienic rodem z serialu „Sex w wielkim mieście” i totalnego luzu. Wcale nie zdziwiłaby się, gdyby z za rogu wyszła nagle Carrie Bradshaw w wysokich odjechanych szpilkach, letniej sukience, zarzuconym niedbale sztucznym futerkiem z burzą jasnych loków na czole.
Kolejnym spacerowym miejscem, które również zrobiło na mnie wrażenie to most brookliński  oraz dzielnica Dumbo, u podnóża mostu po stronie Brooklynu. Świetne, kultowe widoki, super lokale – jeśli ktoś lubi warszawskie koszyki, czułby się tam jak w raju. Oczywiście na moście są dzikie tłumy turystów, ale jest coś napędzająco- podniosłego  móc przemierzyć most brookliński w kierunku Manhattanu, w kierunku biznesowego centrum świata.
– Ana, w deszczowe dni najlepsze jest muzeum i kawa na mieście – powiedział do mnie John, swoim wiecznie roześmianym głosem. Miał rację. W murach METMoMA czas płynie zupełnie inaczej. MET porównać można śmiało z paryskim Luwrem i spędzić tam można zdecydowanie wiele godzin, a nawet dni. Chciałabym mieć ten luksus i móc przyglądać się po kolei eksponatom np. ze starożytnego Egiptu, których w MET jest naprawdę bardzo dużo, ale nie miałam tego luksusu, ponieważ jak wszędzie, tak i w muzeach po prostu hałdy ludzi. Zupełnie nie pochylałam się na europejskimi twórcami ( którymi amerykanie są zachwyceni! zresztą Europa jest dla nich niedoścignionym ideałem, szczególnie artystycznym), ale bardzo podobały mi się ekspozycje pt. American Wings, przedstawiające początki Ameryki oraz absolutnie niezwykłe i przepiękne stroje, przedmioty należące do Indian. Bardzo ciekawa jest też sala ze zbrojami rycerskimi z całego świata oraz twórczość amerykańskich malarzy i afrykańskiej sztuki pierwotnej.
Okropnie żałuję, że zabrakło mi czasu na Amerykańskie Muzeum Historii Naturalnej, więc jeśli tam będziecie koniecznie dajcie znać jakie wrażenia robią te wszystkie kości dinozaurów. Wstęp do muzeum to koszt 25 $, w tej cenie wielogodzinne, a czasem nawet kilkudniowe  podziwianie najpiękniejszych eksponatów na świecie. Na terenie każdego z muzeów niejedna restauracja, sklepy, strefy relaksu – pomysł na deszczowy dzień w takich okolicznościach jest więc czystą przyjemnością.
Czy widok z drapaczy chmur jest warty zachodu?
Rysy na szkle? 
Co zjeść, aby jednorazowo przyjąć dawkę 2000 kcal  i to na śniadanie?
Czym zaraziłam się w Stanach?
oraz 
Napiwki, podatki, czemu, ile, komu i dlaczego tak dziwnie?
….

 

 o tym w drugiej części wpisu
Najpopularniejsze
Zapisz się do mojego newslettera
Kategorie
Archiwum
Podróże

Podobne wpisy

0 0 głosy
Ocena artykułu
Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Informacje zwrotne w treści
Zobacz wszystkie komentarze